Dom pachniał kawą zbożową, kiedy Hania zrozumiała, że matki już nie ma.

Od pogrzebu minęło już osiemnaście miesięcy, a ona wciąż czuła ten zapach, gdy tylko zamknęła oczy. Ciotka Grażyna zawsze parzyła tę kawę w starym dzbanku z odpryskiem na brzegu, a telewizor w kuchni szedł cicho, powtarzał poranne wiadomości, których nikt nie słuchał. Hania stała w drzwiach pokoju w Kielcach, w kamienicy na Sienkiewicza, i patrzyła na łóżko, które jeszcze pachniało balsamem Nivea. W trzydziestym czwartym roku życia dowiedziała się, że najbliższa osoba na świecie potrafi zniknąć w ciągu jednej nocy – zawał, powiedzieli w pogotowiu, nikt nie zdążył nic zrobić.

– Mamo, oddałabym teraz wszystko, żeby usłyszeć, jak wołasz mnie przez kuchenne okno – mówiła do pustego pokoju, bo nie było już nikogo, kto mógłby ją powstrzymać od mówienia do siebie. – Ty mówiłaś "Haniu" tak, że nawet sąsiedzi z piątego piętra wiedzieli, że ktoś mnie kocha.

Matka, Krystyna, pracowała w szwalni na Czarnowie, potem jako sprzątaczka w przychodni przy ulicy Jagiellońskiej. Nigdy nie było pieniędzy na wczasy, za to zawsze było miejsce przy stole i miska żurku w niedzielę. Hania, teraz nauczycielka w podstawówce numer siedem, co rano przechodziła koło przychodni i czasem przystawała przy wejściu, jakby czekała, że matka wyjdzie z wiadrem i mopem, otrze czoło i powie: no chodź, pomożesz mi z tą klamką, znowu się zacięła.

Nie wyszła. Nie wyjdzie.

Pierwsze miesiące po śmierci Hania funkcjonowała jak automat. Pogrzeb, papiery w urzędzie, podział rzeczy z bratem Tomkiem, który mieszkał we Wrocławiu i przyjechał tylko na trzy dni, bo – jak powiedział – nie może brać więcej wolnego w pracy. Posprzeczali się o kredens, o nic właściwie, bo kredens był pękniętym meblem z lat siedemdziesiątych, ale chodziło o coś innego: o to, kto bardziej kochał, kto więcej dał, kto ma prawo zabrać ostatni dowód, że ta kobieta istniała.

Tomek zabrał zdjęcia. Hania zabrała fartuch kuchenny i stary radiomagnetofon, na którym matka słuchała Radia Kielce, żeby wiedzieć, jaka będzie pogoda na targ.

Wieczorami, kiedy mąż Hani, Marek, zasypiał przed telewizorem, a syn Kacper robił lekcje w swoim pokoju, ona siadała w kuchni z telefonem i przeglądała stare zdjęcia. Nie szukała niczego konkretnego. Czasem po prostu chciała zobaczyć twarz matki na ekranie, choćby przez kilka sekund, zanim telefon się zablokuje.

– Tęsknię za naszymi rozmowami o niczym – mówiła głośno, jakby matka mogła ją usłyszeć przez ścianę czasu. – Za Twoimi pytaniami, czy jadłam śniadanie, czy Kacper dobrze się uczy, czy Marek dostał tę premię. Pytałaś o wszystko i o nikogo konkretnego nie pytałaś z taką troską jak o nas.

Rok po śmierci matki zadzwoniła pani Basia, sąsiadka z klatki, z informacją, że w piwnicy po remoncie wodociągów trzeba opróżnić stare komórki, bo administracja grozi utylizacją na koszt lokatorów. Hania pojechała do Kielc w sobotę, sama, bez Marka, bo chciała to zrobić w spokoju. W piwnicznej komórce, między słoikami po ogórkach i starym rowerem Tomka z czasów licealnych, znalazła pudełko po butach. W pudełku – listy. Kilkanaście listów, które matka pisała, ale nigdy nie wysłała. Do swojej własnej matki, zmarłej, kiedy Krystyna miała dwadzieścia dwa lata. Do ojca, który odszedł z domu, kiedy Krystyna była dzieckiem. I jeden list, zaadresowany po prostu: "Dla Hani, kiedyś, jak będzie jej źle".

List był z dwa tysiące siedemnastego roku, pisany niebieskim długopisem na papierze w linię, wydartym z kajetu.

"Haniu, jeśli to czytasz, to pewnie minęło dużo czasu i może już mnie nie ma. Chcę Ci powiedzieć jedną rzecz, której nigdy nie powiedziałam na głos, bo bałam się, że zabrzmi jak przesada. Ty jesteś najlepszą rzeczą, jaką w życiu zrobiłam. Nie szwalnia, nie ten dom, nie nic z tego, co po mnie zostanie w papierach. Ty. Nie martw się, że czegoś nie zdążyłaś mi powiedzieć albo zrobić. Ja wiedziałam wszystko, co było ważne, bo widziałam to w Twoich oczach, kiedy przychodziłaś do mnie z Kacprem na obiad. Kocham Cię. I nie przestanę, nawet jak już mnie nie będzie".

Hania przeczytała list sześć razy, siedząc na starym krzesełku kuchennym, które też stało w piwnicy, zapylonym, z nogą podwiązaną drutem. Płakała tak, jak nie płakała na pogrzebie, bo na pogrzebie trzeba było być silna dla Kacpra i dla Tomka, który akurat tego dnia postanowił się rozkleić.

Zabrała pudełko do domu. Pokazała list Markowi, potem – dopiero po tygodniu – zadzwoniła do Tomka.

– Mama zostawiła coś dla mnie – powiedziała mu przez telefon. – List. Chcesz wiedzieć, co napisała?

Tomek długo milczał, a potem powiedział coś, czego Hania się nie spodziewała:

– Ja się boję, że do mnie nie napisała nic. Że ja byłem dla niej tylko synem, który wyjechał i nie wrócił.

Przeczytała mu list przez telefon, słowo po słowie. Tomek nie odpowiedział od razu. Usłyszała tylko, jak w słuchawce ktoś – pewnie jego żona – pyta, co się stało, i jak on mówi: zaraz, daj spokój, zaraz.

Trzy tygodnie później Tomek przyjechał do Kielc, tym razem na cały tydzień urlopu, wziął wolne, mimo że w firmie transportowej, gdzie pracował, akurat był sezon i szef marudził. Poszli razem na grób matki na cmentarzu Cedzyna, zapalili świeczki kupione w sklepie przy bramie za dwanaście złotych, i Tomek pierwszy raz od pogrzebu powiedział na głos, że żałuje tych trzech dni, które wtedy wziął, że powinien był zostać dłużej, że bał się zostać, bo bał się, że się rozklei przy ludziach.

Zrobili coś, czego Hania długo się wahała: oddali kredens – ten sporny, pęknięty mebel – do Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Jagiellońskiej, dwie przecznice od przychodni, gdzie matka pracowała. Nie sprzedali, nie zostawili na strychu. Oddali ludziom, którzy akurat remontowali wspólną kuchnię i potrzebowali mebla. Hania podpisała protokół przekazania, zabrała jeden egzemplarz do domu i włożyła go do tego samego pudełka po butach, razem z listem matki.

Na dziesiątą miesięcznicę Hania i Tomek postawili razem nowy nagrobek – granit, nie ten tymczasowy drewniany krzyż – za cztery tysiące sześćset złotych, pół na pół, bez kłótni o to, kto płaci więcej.

Dziś, kiedy Hania mija przychodnię na Jagiellońskiej i widzi nową sprzątaczkę z wiadrem przy wejściu, już nie przystaje z nadzieją. Po prostu idzie dalej, do szkoły, gdzie czekają na nią dzieci z klasy czwartej b.

Wieczorem, kiedy Kacper już śpi, wyjmuje pudełko po butach spod łóżka, odkłada list na miejsce, przykrywa je wieczkiem i zasuwa z powrotem w kąt szafy. Gasi lampkę nad kuchennym stołem.

– Dobranoc, Mamo.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: