Córka zadzwoniła do mnie w maju, w sobotę wieczorem.
— Mamo, moglibyśmy na wakacje postawić u ciebie przyczepę?
— Jaką przyczepę?
— Kempingową. Na dwa miesiące. Lipiec i sierpień. Zdzisław chciałby mieć gdzie spać, kiedy będziemy na działce.
Pomyślałam chwilę.
Działka była moja. Dostałam ją jeszcze od rodziców, a później przez lata sama o nią dbałam. Nie była duża, ale lubiłam tam jeździć. Miałam kilka drzew owocowych, grządki z ziołami i sześć krzaków czerwonej porzeczki, które posadziłam z mężem.
Po jego śmierci właśnie tam najłatwiej było mi oddychać.
— Dobrze — powiedziałam. — Ale tylko na wakacje.
— Jasne, mamo. Oczywiście.
Nie zapytałam o nic więcej.
I chyba właśnie dlatego później tak bardzo bolało.
W niedzielę pojechałam na działkę podlać rośliny. Było gorąco, więc ruszyłam wcześnie rano. Na ścieżce prowadzącej do ogródka zauważyłam od razu ślady samochodu.
Zatrzymałam rower.
Świeże koleiny prowadziły prosto pod moje ogrodzenie.
Pomyślałam, że pewnie Zdzisław przywiózł przyczepę.
Tyle że przyczepy nie było.
Zamiast niej zobaczyłam wykop.
Duży, głęboki prostokąt w miejscu, gdzie rosły moje porzeczki.
Stałam bez ruchu.
Przez chwilę nie rozumiałam, na co patrzę.
Obok wykopu leżały deski. Część była już skręcona w szalunek. Dalej ustawiono kilka palet z betonowymi bloczkami.
A moje porzeczki leżały wyrwane kilka metrów dalej.
Korzenie były jeszcze oblepione wilgotną ziemią.
Jedna z gałęzi miała czerwone owoce.
Podniosłam ją.
Pamiętałam, jak sadziłam ten krzak.
Grzegorz trzymał wtedy łopatę, a ja narzekałam, że wybieramy za ciężką ziemię.
— Zobaczysz — powiedział wtedy. — Za kilka lat będziesz narzekać, że nie wiesz, co zrobić z tyloma porzeczkami.
Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
A chwilę później już nie mogłam.
Wyjęłam telefon.
— Magda? — zapytałam, gdy odebrała.
— Cześć, mamo.
— Jesteś teraz z Zdzisławem?
— Tak. A co?
— Przyjedź na działkę.
Zapadła cisza.
— Dlaczego?
Spojrzałam na wykop.
— Bo chciałabym, żebyś sama zobaczyła, co tutaj zrobiliście.
— Mamo…
— Nie. Nic nie mów. Przyjedź.
Rozłączyłam się.
Nie minęło nawet pół godziny, kiedy pod bramą zatrzymał się samochód.
Pierwszy wysiadł Zdzisław.
Spojrzał na mnie, potem na wykop.
Nie wyglądał na zaskoczonego.
I właśnie to zabolało mnie najbardziej.
Magda wysiadła chwilę później.
— Mamo, nie denerwuj się.
— Nie denerwować się?
Wskazałam ręką na ziemię.
— To są moje porzeczki.
— Wiem.
— Były.
— Posadzimy nowe.
Spojrzałam na nią tak, jakbym zobaczyła ją pierwszy raz.
— Posadzicie?
Zdzisław westchnął.
— Teściowa, przecież nie robimy tu nic złego.
— Nie?
— Postawimy mały domek.
— Miał być samochód z przyczepą.
— Zmieniliśmy zdanie.
— Bez pytania mnie?
— Mamo — odezwała się Magda — przecież ta działka i tak kiedyś będzie nasza.
To zdanie zawisło między nami.
Proste.
Powiedziane prawie bezmyślnie.
A jednak coś we mnie pękło.
— Kiedyś?
— No…
— Kiedyś, czyli kiedy?
Magda spuściła wzrok.
Zdzisław wzruszył ramionami.
— Przecież nie zabieramy ci działki.
Spojrzałam na betonowe bloczki.
Na szalunki.
Na wyrwane porzeczki.
— Właśnie że zaczęliście.
— Co?
— Zaczęliście zabierać mi ją kawałek po kawałku.
Magda pokręciła głową.
— Mamo, przesadzasz.
— Być może.
Odłożyłam konewkę na ziemię.
— Ale od dzisiaj żadnych prac.
Zdzisław roześmiał się krótko.
— Fundament już jest zamówiony.
— Nie interesuje mnie, co zamówiliście.
— Sam beton kosztował…
— To wasz problem.
Magda spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
— Naprawdę chcesz zrobić awanturę o kawałek działki?
Popatrzyłam na nią długo.
— Nie, córko.
Wzięłam z ziemi wyrwaną gałązkę porzeczki.
— Ja właśnie próbuję nie dopuścić do tego, żeby za kilka lat okazało się, że nie mam już nawet kawałka własnej ziemi.
