Moja siostra Tereska wymieniła zamki w domu taty jedenaście miesięcy temu. Napisała do mnie SMS dzień po pogrzebie: Nie trudź się przyjazdem. Potrzebuję czasu, żeby się pomodlić. Akurat obcinałam metkę z ceny z czarnego garnituru mojego syna.
19 lipca pojechałam z Poznania do Ostrowa Wielkopolskiego z szarą teczką na fotelu pasażera. W środku: trzyletnie potwierdzenia podatku od nieruchomości, kopia testamentu i zdjęcie taty przed domem z 1989 roku. Mój syn Olek zaczynał studia na Politechnice Wrocławskiej za pięć tygodni. Pierwszy rachunek wynosił 5200 złotych. Uczyłam matematyki w ósmej klasie i każda złotówka w tej teczce miała swoje przeznaczenie.
Dom stał przy ulicy Limanowskiego, dwie przecznice od Parku Miejskiego. Lampa na ganku nie świeciła. Pasek taśmy malarskiej zakrywał włącznik. Frontowe drzwi były uchylone na kilka centymetrów, a światło z kuchni rzucało na betonowe schody długi prostokąt. Suzuki Tereski stało w połowie na trawniku, bo wjazd do garażu blokowała zardzewiała dmuchawa do śniegu.
Nie zapukałam. Drzwi na sprężynie trzasnęły za mną. W kuchni pachniało spaloną grzanką i odświeżaczem powietrza o zapachu bzu, który tata kupował hurtowo w Biedronce. Na stole, pod szklanym dzbankiem do kawy, leżał plik białych kartek.
Tereska wyszła z tylnej sypialni z koszem na pranie. Postawiła go na tyle mocno, że dwa złożone ręczniki zsunęły się na podłogę.
— Nie możesz tak po prostu wchodzić do mojego domu — powiedziała.
— On jest w połowie mój. Mam swoje nazwisko w wydziale ksiąg wieczystych.
— Na razie.
Sięgnęła po kubek do kawy i niczego nie zaprzeczyła. Kciuk zostawił smugę na górnej kartce. Zobaczyłam pieczątkę notariusza i słowa AKT DAROWIZNY UDZIAŁU. Pod spodem umowa przedwstępna z kupcem gotówkowym: 420 000 złotych. W akcie napisano, że zrzekłam się swojego udziału w nieruchomości za symboliczną złotówkę i inne świadczenie wzajemne.
Mój podpis widniał w czwartej linijce. Magdalena K. Sowa, niebieskim długopisem. K miało zawijas — taki stary, sprzed lat. Przestałam robić ten zawijas osiem lat temu, po tym jak poślizgnęłam się na lodzie przed Szkołą Podstawową nr 7 i złamałam prawy nadgarstek w dwóch miejscach. Chirurg nastawił go, ale nerw nigdy w pełni nie wrócił do normy. Mój podpis od tamtej pory wygląda jak płaska kreska po M, jakby serce przestało bić w połowie rytmu.
Wyjęłam z portfela dowód osobisty. K na dowodzie było proste, bez zawijasu. Tereska nawet na nie nie spojrzała.
— Podpisałaś się za mnie — powiedziałam.
Nalała kawy do kubka z napisem OSTRÓW WIELKOPOLSKI. — Podpisałam to, co ty byś podpisała, gdybyś przejmowała się tatą tak jak ja.
— Tata chciał podziału po połowie.
— Tata chciał kogoś, kto zmieni mu pościel o trzeciej w nocy. To byłam ja.
Nie myliła się. Przez ostatnie dwa lata jego życia przyjeżdżałam co drugą sobotę. Sprawdzałam kartkówki przy jego kuchennym stole, podczas gdy Tereska myła mu plecy i rozdzielała tabletki do małych plastikowych pojemniczków. Zrezygnowała z pracy w hurtowni części samochodowych. Ja zostałam przy swojej, płaciłam rachunki i wracałam do domu.
Powietrze w tej kuchni było naładowane jak przed burzą. W wigilię świętego Jana tata zawsze mówił, że niebo szczególnie uważnie słucha ludzi, którzy starają się nie być źli, a jednak są. Nie miałam ochoty na to, żeby ktokolwiek mnie słuchał.
— Mam kupca, finalizujemy we wtorek — powiedziała Tereska. — Zaraz po święcie.
— Masz sfałszowany akt.
Odstawiła kubek. — Udowodnij.
Wyciągnęłam telefon z płaszcza. Kciuk dwa razy pomylił kod — 4602. W końcu się udało i zadzwoniłam do Marka Wójcika, notariusza, który prowadził sprawę spadkową po tacie. Odebrał po czwartym sygnale. Włączyłam głośnik.
— Panie Marku, jestem w domu taty w Ostrowie. Tereska ma akt darowizny z moim podpisem. Nie podpisywałam tego.
— Patrzy pani na oryginał? — zapytał.
— Leży pod dzbankiem do kawy.
— Niech pani go zabierze. Włoży do torby. Zgłosimy to do sądu rejonowego, wydział ksiąg wieczystych, jeszcze dziś wyślę pani zawiadomienie o podejrzeniu fałszerstwa. Kancelaria notarialna kupującego wstrzyma transakcję do poniedziałku.
Dłonie Tereski przylgnęły płasko do stołu. Kostki pobielały. — Nie możesz tego zrobić. Mam kupca.
— Nie po tym, jak wyjdzie sprawdzenie w księdze wieczystej — powiedziałam. — Masz jedną możliwość. Spłacasz mnie z mojej połowy, dwieście dziesięć tysięcy do końca miesiąca, albo ten akt trafia do prokuratury.
— Nie mam dwustu dziesięciu tysięcy.
— To nie powinnaś była podpisywać się za mnie.
Otworzyłam na telefonie stronę urzędu skarbowego. Zakładka z lutego wciąż tam była. Kliknęłam Zarządzaj zleceniem stałym. Numer działki był już wpisany — 053/7. Moje konto w PKO kończyło się na 2241. Nacisnęłam Usuń metodę płatności. Wyświetliło się potwierdzenie: 17-3042. Odwróciłam telefon, żeby Tereska mogła przeczytać.
— To podatek od nieruchomości — powiedziałam. — Płaciłam go przez trzy lata. Czwarta rata przychodzi w listopadzie. To tysiąc sześćset osiemdziesiąt złotych. Teraz dostaniesz ją ty.
Jej usta poruszyły się nad numerem potwierdzenia. Potem zerwała kubek ze stołu i cisnęła nim w zlew. Rozprysnął się o baterię.
Podniosłam akt darowizny, złożyłam raz i włożyłam do torby. Wyszłam.
Na ganku stał jednooki pies sąsiadów, dysząc przy żywopłocie. Tereska wybiegła za mną aż na górny stopień.
— Zawsze byłaś przeciwko mnie — powiedziała.
Nie odpowiedziałam. Wsiadłam do samochodu i położyłam torbę na fotelu. Papier zaszeleścił pod klamką. Minęłam po drodze mały kościół przy ulicy Raszkowskiej, gdzie za szybą wciąż paliły się znicze. Znicz taty stałby na drugiej półce, w czerwonym szklanym kubku z wyszczerbionym brzegiem.
Nie zatrzymałam się.
