Nazywam się Bartosz, prowadzę kancelarię notarialną w Krakowie od jedenastu lat i przyznam, że rzadko zdarza mi się zapamiętać klienta, który przyszedł w zupełnie innej sprawie niż ta, o której ostatecznie rozmawialiśmy. Pan Zdzisław zjawił się u mnie w lipcu, żeby sporządzić pełnomocnictwo dla córki na czas wyjazdu na turnus rehabilitacyjny. Miał osiemdziesiąt jeden lat, laskę z gumową końcówką i teczkę z dokumentami owiniętą w reklamówkę z dyskontu.
Czekał na swoją kolej razem z wnukiem, chłopakiem, który miał może osiemnaście lat i cały czas coś przeglądał w telefonie. Za oknem lało jak z cebra, w radiu leciała jakaś stacja z przebojami sprzed dwudziestu lat, a sekretarka akurat parzyła kawę w ekspresie, który głośno bulgotał na cały korytarz. Usiadłem obok, bo miałem przerwę między klientami, i usłyszałem kawałek rozmowy, którą pan Zdzisław prowadził z wnukiem o czymś zupełnie innym niż spadki.
Mówił, że w młodości grał na akordeonie. Nie zawodowo — na weselach, na dożynkach, raz nawet w telewizji regionalnej w Rzeszowie, skąd pochodził. Potem przyszła praca w kopalni, dzieci, przeprowadzka do Krakowa, i akordeon wylądował na szafie w futerale, w którym mieszkały już tylko mole. Wnuk, Kacper, uczył się gry na gitarze i nagrywał sobie lekcje z internetu. To on zapytał dziadka, czy kiedyś też coś grał.
Pan Zdzisław odpowiedział, że owszem, i przy okazji wyjął telefon, żeby pokazać zdjęcie sprzed czterdziestu lat — on w garniturze, z akordeonem, na scenie w domu kultury. Kacper patrzył jak zaczarowany. Powiedział, że trzeba to koniecznie odkurzyć.
Tydzień później pan Zdzisław wrócił do kancelarii — tym razem żeby podpisać już gotowe pełnomocnictwo — i opowiedział mi dalszy ciąg, bo najwyraźniej zapamiętał, że słuchałem. Ściągnął akordeon z szafy, oddał do serwisu przy ulicy Długiej, żeby wymienili popękane miechy — kosztowało go to sto osiemdziesiąt złotych. Pierwszego wieczoru zagrał kilka taktów i sam się skrzywił. Palce mu drżały, miech chodził nierówno, dźwięk był, jak to ujął, "jakby kot chodził po klawiaturze".
Jego żona, Danuta, z którą żyje pięćdziesiąt trzy lata, przechodziła przez pokój i nie wytrzymała śmiechu. Powtarzała to potem przy każdej okazji — że sąsiedzi z bloku na pewno myślą, że w mieszkaniu ktoś dusi kota. Pan Zdzisław się śmiał razem z nią, ale po dwóch tygodniach akordeon wrócił na szafę. Powiedział mi to bez emocji, jakby opisywał fakt pogodowy.
Wtedy właśnie wtrącił się Kacper, który tego dnia znów mu towarzyszył, bo czekał, aż dziadek skończy formalności. Zapytał wprost, dlaczego przestał. Pan Zdzisław odpowiedział, że w jego wieku to już bez sensu zaczynać coś od nowa. Chłopak spojrzał na niego znad telefonu i powiedział tylko: "Ale dobrze ci było, jak grałeś, zanim zacząłeś się przejmować, jak to brzmi". Potem dodał pytanie, które — jak mi powtórzył pan Zdzisław, siedząc naprzeciwko mnie przy biurku — zabolało bardziej niż powinno: dla kogo właściwie grał.
Nie grał dla nikogo. Grał dla siebie. I zrezygnował, bo bał się wyglądać śmiesznie w wieku osiemdziesięciu jeden lat, po całym życiu powtarzania własnym dzieciom, żeby nie przejmowały się tym, co inni pomyślą.
Tego samego wieczoru — opowiadał mi to już przy podpisywaniu dokumentów, podsuwając palcem linijkę, gdzie mam złożyć podpis — znów wyjął akordeon. Grał dwadzieścia minut. Danuta znowu zażartowała. Wtedy powiedział jej, że wie, że brzmi to fatalnie, ale że jej śmiech odbiera mu ochotę. Zamilkła. Powiedziała, że myślała, że to zwykły żart, i przeprosiła. Krótka wymiana zdań, bez awantury — pięćdziesiąt trzy lata małżeństwa uczy, że nie każda sprawa musi się kończyć kłótnią przy stole.
Od tamtej pory, jak mówił, Danuta pyta, zanim się roześmieje, czy może. Kacper przychodzi w niedziele z gitarą, gra rzeczy, których dziadek nie rozumie, a dziadek uczy go starych melodii ludowych, które jeszcze pamięta w palcach. Podobno udało im się już zagrać razem jedną piosenkę do końca, mimo pomyłek. Danuta nagrała to komórką.
Kiedy pan Zdzisław składał podpis pod pełnomocnictwem, zapytałem go tylko, jak poszła próba serwisowa miechów — bo w naszej pracy człowiek uczy się pytać o drobiazgi, żeby klient poczuł się swobodniej przy podpisie. Odpowiedział, że wciąż brzmi to średnio, ale że teraz, kiedy się myli, już się nie zatrzymuje. Odłożył długopis, złożył dokumenty i wsadził je z powrotem do tej samej reklamówki z dyskontu. Wychodząc, powiedział jeszcze Kacprowi, żeby w niedzielę przyniósł nuty, bo chce spróbować czegoś nowego. Zamknęły się za nimi drzwi kancelarii, a ekspres na korytarzu akurat skończył parzyć kolejną kawę.
