W sobotę o dziesiątej wieczorem Wiesiek podesłał mi zdjęcie rachunku z restauracji. Na dole widniała kwota 31 840 złotych, a pod spodem wiadomość: „Przelejesz mi? Nie mam teraz tyle na karcie”.
Siedziałam w kuchni, w dresie, z kubkiem zimnej herbaty. W telewizorze leciał teleturniej, ale go nie oglądałam. Gapiłam się w telefon i nie mogłam uwierzyć, że to pytanie w ogóle padło.
W tej restauracji mnie nie było.
Wiesiek siedział tam z matką, Krystyną Pawłowską, i z obiema siostrami. Kaśka z mężem, Dorota z mężem. Wszyscy razem, cała rodzina. Tylko beze mnie.
O kolacji dowiedziałam się rano. Wiesiek szykował się do wyjścia i rzucił mimochodem, że wieczorem będzie potrzebował auta. Spytałam, dokąd się wybiera. Odpowiedział, że mama chce wszystkich zobaczyć, że wpadli na pomysł rodzinnego spotkania.
– To o której mam być? – spytałam.
Zapadła cisza. Wiesiek zaczął szukać czegoś w szufladzie, chociaż niczego nie potrzebował.
– Iwonka, tylko się nie obraź. Kaśka z Dorotą chciały posiedzieć w swoim gronie. Mama, ja i dziewczyny. Powspominać, pogadać.
Rozumiałabym, gdyby chodziło o rodzeństwo. Czasem człowiek chce pobyć z tymi, z którymi dorastał. Ale spytałam:
– A mężowie Kaśki i Doroty idą?
Wiesiek zawahał się.
– No… idą.
I wtedy zrobiło mi się głupio. Osiem lat małżeństwa. Znałam jego siostry prawie tak długo, jak on sam. Wspólne święta, urodziny, wypady do domku letniskowego nad Zalew Sulejowski. A teraz nagle podział: rodzina i ja z boku.
– Czyli ze wszystkich małżonków tylko ja jestem niepotrzebna? – spytałam.
– Nikt tak nie powiedział. To Kaśka zaproponowała taki skład, nie chciałem się kłócić.
Nie robiłam awantury. Uznałam, że skoro postanowił iść, to nie będę stawać w drzwiach. Niech idzie.
Ale była jedna rzecz, o której Wiesiek zapomniał.
Przez ostatnie trzy lata to ja płaciłam za te kolacje.
Zaczęło się zupełnie przypadkiem. Po urodzinach Krystyny siedzieliśmy w restauracji na Kazimierzu. Było nas dziesięć osób. Kiedy kelner przyniósł rachunek, na karcie Wieśka zabrakło środków. Powiedziałam, żeby się nie przejmował, zapłacę swoją, potem się rozliczymy.
Następnego dnia Kaśka przelała mi swoją część. Dorota też, po kilku dniach. Wszystko się zgadzało.
Potem spotkaliśmy się znowu. Krystyna poprosiła, żebyśmy z Wieśkiem uregulowali rachunek, a siostry obiecały oddać później. Jedna oddała, druga zapomniała. Nie chciałam się upominać o kilkaset złotych.
I tak jakoś weszło w zwyczaj.
Spotykaliśmy się co dwa, trzy miesiące. Kelner niemal zawsze podawał rachunek mnie. Czasem ktoś potem coś przelał, czasem Wiesiek dorzucił się ze swojego, ale główna kwota zostawała na mojej karcie – tej samej, do własnego konta, na które od lat wpływała moja pensja. Zarabiałam trochę więcej niż mąż, więc na początku nie robiło mi to wielkiej różnicy. Traktowałam to jak gościnę. Kaśka kiedyś nawet zażartowała:
– Z Iwoną to wygodnie chodzić do knajpy, ona najszybciej wyciąga kartę.
Też się wtedy śmiałam.
Ale teraz, patrząc na zdjęcie tego rachunku, zrozumiałam coś, czego wcześniej nie chciałam sobie powiedzieć: przez trzy lata płaciłam za rodzinę, która w końcu uznała, że przy stole mnie nie potrzebuje.
Nie odpisałam od razu. Wypiłam zimną herbatę do końca. Potem otworzyłam aplikację banku i sprawdziłam, ile dokładnie wydałam na te spotkania przez trzy lata. Zliczałam przelewy do restauracji, płatności kartą, wszystko, co znalazłam w historii mojego konta.
Wyszło nieco ponad dwadzieścia dwa tysiące złotych. Moich, własnych, z mojej pensji.
Napisałam do Wieśka: „Nie przeleję. Zapłać z tego, co twoje siostry są mi winne za te wszystkie kolacje”.
Telefon zadzwonił po czterech minutach.
– Iwonka, co ty wyprawiasz? Ja tu stoję przy barze, kelner czeka.
– To niech czeka.
– Nie rób scen. Prześlij chociaż dziesięć tysięcy, resztę oddam ci jutro.
– Nie. Możesz poprosić Kaśkę, przecież ona wyciąga kartę tak szybko. Albo Dorotę. W końcu jesteście w gronie rodzinnym.
Wiesiek się rozłączył.
Pół godziny później dostałam wiadomość od Kaśki. Trzy słowa: „Niezła z ciebie żona”. Nie odpisałam. Pięć minut później Dorota: „Mogłaś nie robić problemu przy mamie”. Też nie odpisałam. Wyłączyłam telefon, zrobiłam sobie kanapkę i obejrzałam film do końca.
O pierwszej w nocy Wiesiek wrócił do domu. Śmierdziało od niego piwem. Usiadł w przedpokoju na szafce na buty i patrzył na mnie z wyrzutem.
– Postawiłaś mnie przed całą rodziną na baczność. Musiałem dzwonić po kuzyna, żeby mi pożyczył.
– Dzwoniłeś po kuzyna, żeby zapłacił za kolację, na którą mnie nie zaprosiłeś.
Wiesiek otworzył usta i zamknął je z powrotem.
– To było takie normalne. Wszyscy się dorzucali.
– Wszyscy? To pokaż mi przelewy na trzy lata.
Nie pokazał. Bo nie miał czego.
Następnego dnia obudziłam się pierwsza. W kuchni zastałam Krystynę, która przyszła „wpaść na kawę”. Miałam niejasne wrażenie, że to nie była kawa.
– Iwonko, dziecko – powiedziała tym swoim słodkim tonem, który u innych ludzi oznaczał, że zaraz zrobią ci wyrzuty. – Nie gniewaj się na Wieśka. To chłopcy uradzili, że idą z dziewczynami, tylko mąż Kaśki się wprosił.
– A mąż Doroty?
– Też się wprosił.
– I obu wam było wygodnie nie wprosić nikogo z mojej strony.
Krystyna zmarszczyła brwi i poszła do salonu.
A ja weszłam do sypialni, wyjęłam z szafy walizkę i spakowałam trzy dni ubrań.
– Co robisz? – spytał Wiesiek, stając w drzwiach.
– Jadę do matki. Muszę zrobić przerwę.
– Iwonka, nie rób cyrku. Porozmawiajmy.
– Porozmawiamy, jak wrócę.
Wzięłam ze sobą swoją kartę i notes z wyliczeniami, których nie zrobiliście przez trzy lata. Po drodze kupiłam bilet na pociąg do Łodzi. Dopiero w przedziale, gdzieś za Koluszkami, poczułam, że niczego nikomu nie jestem winna. Został tylko jeden niezałatwiony rachunek. Ten, który wisiał nade mną przez trzy lata.
Wysiadłam na Łódź Fabryczna i zanim dojechałam tramwajem do matki, zrobiłam jeden przelew. Dwadzieścia dwa tysiące złotych z mojego konta na konto fundacji, która prowadzi kocie pogotowie na Bałutach. Tyle dokładnie, co przez trzy lata zapłaciłam za cudze kolacje. Ktoś inny zje za te pieniądze. Ktoś bardziej wdzięczny.
Telefon znowu zaczął dzwonić. Wiesiek, Kaśka, Dorota, Krystyna. Wszystko po kolei.
Odebrałam dopiero wieczorem.
– Iwonka, gdzie są moje pieniądze? Dzwoniła do mnie Kaśka, mówi, że jej nie oddałaś! – Głos Wieśka brzmiał tak, jakby biegał po mieszkaniu.
– Nikomu nic nie jestem winna. To, co przez trzy lata płaciłam za wasze kolacje, oddałam komuś, kto nie udaje rodziny.
– To były wspólne wyjścia!
– Nie. To były twoje wyjścia z twoją rodziną. Ja płaciłam rachunek. Teraz zapłaci go ktoś inny.
W słuchawce zapadła cisza. Trwała długo, słyszałam tylko jego oddech.
– I co teraz? – spytał w końcu.
– Teraz ty zapłacisz kartą za swoje spotkania. A ja zobaczę, czy mam do czego wracać.
Rozłączyłam się i usiadłam przy oknie u matki. Na parapecie siedział sąsiedzki kot i patrzył na mnie przez szybę jak na swoją. Otworzyłam lodówkę, znalazłam kawałek szynki i podałam mu przez uchylone okno, kawałek po kawałku, aż talerzyk został pusty. Kot mruczał jeszcze przez godzinę, otarł się o framugę i zwinął w kłębek na parapecie, jakby był u siebie.
Następnego dnia w radiu mówili, że nocą było minus siedem. Pod oknem matki wciąż leżał ten sam kot, otulony w kłębek. Zrobiłam sobie herbatę, usiadłam obok i patrzyłam, jak para unosi się znad kubka.
